Baśnie kojarzą się nam przede wszystkim z historiami pięknych dziewcząt i szarmanckich młodzianów, gdzie dobro zawsze wygrywa ze złem.
Baśnie rozbudzają wyobraźnię. Na kanwie klasycznych opowieści powstają zarówno bajki dla dzieci, jak i książki/filmy dla nieco starszych odbiorców.
Chyba każdy z nas zna historię Czerwonego Kapturka. Małej dziewczynki, która w drodze do domku babci spotyka złego wilka...
A teraz zamiast kapturka weźmy pelerynę, głównej bohaterce dodajmy klika lat. Wilk niech będzie bardzo rządny krwi. Dodajmy do tego małą osadę, ciemny las oraz domek babci. Oprócz tego wątek miłosny i umiejętne zinterpretowanie baśni.
Właśnie zyskaliśmy pomysł na hit.
(Prawdopodobnie) tak powstał pomysł na scenariusz Dziewczyny w czerwonej pelerynie. A następnie książka na motywach scenariusza.
Film planuję obejrzeć już od jakiegoś czasu, ale jeszcze nie miałam okazji. I jakoś tak wyszło, że w pierwszej kolejności przeczytałam książkę, która okazała się całkiem przyjemną lekturą.
Daggorhorn. Mała wioska, gdzieś w ciemnym lesie, od pokoleń nękana przez wilka. Ludzie starają się wieść normalne życie. Wśród nich mieszka Valerie, która jako dziewczynka stanęła oko w oko z wilkiem. Poznajemy ją gdy cała wioska szykuje się do sianokosów. Rodzice zaręczają ją z Henrym - synem kowala, a zdesperowana dziewczyna planuje ucieczkę z Peterem - przyjacielem z dzieciństwa. Jednak radosną atmosferę zabawy i pracy przerywa śmierć Lucie - starszej siostry Valerie. Wilk powrócił i okazuje się, że ofiary ze zwierząt przestają mu wystarczać. W wiosce zaczyna panować panika i coraz większy strach. Sprowadzony egzorcysta uświadamia mieszkańców, że wilk jest jednym z nich. Na niebie świeci krwisty księżyc i giną kolejni ludzie. Valerie po raz kolejny staje oko w oko z bestią i słyszy od niego groźbę, że jeżeli nie odejdzie z nim, zginą wszyscy, których kocha.
Wraz z rozwojem wydarzeń dowiadujemy się kto jest złym wilkiem i jaką decyzję podejmie główna bohaterka, ale nie znajdziemy tu w pełni baśniowego happy endu.
Poza zgrabnie wplecionymi elementami baśni Dziewczyna w czerwonej pelerynie przedstawia zawiłe ludzkie losy. Pokazuje, że między bielą, a czernią istnieje wiele odcieni szarości i nie wszystko jest takie, jak wydaje się na pierwszy rzut oka.
Postacie są wykreowane w taki sposób, że nie da się ich nie lubić. Zarówno pozytywni i negatywni bohaterowie są wyraziści, ale nie przerysowani.
W efekcie otrzymujemy zgrabnie napisaną książkę, którą czyta się naprawdę dobrze i szybko. Jak to w baśni...
okładka/wyzwanie: Grunt to okładka - zekranizowane
niedziela, 24 maja 2015
sobota, 4 kwietnia 2015
Mazurek kajmakowy
Po kilkuletniej dominacji w wykonaniu mazurka makowego postanowiłam coś zmienić i poszukać nowego smaku.
Skończyło się dość klasycznie: kruche ciasto, masa kajmakowa, orzechy itp. Jednak całość podkręcona jest kwaskowatym dżemem porzeczkowym.
Mazurek jeszcze czeka na degustację, ale już wygląda na to, że będzie pysznie.
Składniki:
- 100 g krupczatki
- 200 g mąki pszennej
- 100 g cukru pudru
- 100 g masła
- 30 g mąki migrałowej
- szczypta soli
- 2 jajka
- łyżka smalcu
- słoik dżemu porzeczkowego
- opakowanie masy kajmakowej
- 80-100 g orzechów laskowych
- garść rodzynek
- cukierki, czekolada... (do dekoracji)
Przygotowanie:
Jajka posolić i roztrzepać.
Krupczatkę, mąkę pszenną i cukier przesiekać z masłem i lekko wyrobić.
Dodać do ciasta jajka, smalec, mąkę migdałową i dobrze wyrobić (w razie konieczności podsypać lekko mąką).
Ciasto zawinąć w folię i wstawić na 45 minut do lodówki. Po tym czasie rozwałkować i przełożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Żeby ciasto nie wybrzuszało się wyłożyć papierem do pieczenia i wysypać około 500 g fasoli jako obciążnik. Piec 15 minut w temperaturze 200 stopni. Wyjąć papier z fasolą, piec ciasto kolejne 15 minut i odstawić do wystudzenia.
Orzechy posiekać. Ciasto posmarować cienką warstwą dżemu, posypać orzechami i rodzynkami. Na wierzch wyłożyć masę kajmakową. Udekorować według uznania.
Jajka posolić i roztrzepać.
Krupczatkę, mąkę pszenną i cukier przesiekać z masłem i lekko wyrobić.
Dodać do ciasta jajka, smalec, mąkę migdałową i dobrze wyrobić (w razie konieczności podsypać lekko mąką).
Ciasto zawinąć w folię i wstawić na 45 minut do lodówki. Po tym czasie rozwałkować i przełożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Żeby ciasto nie wybrzuszało się wyłożyć papierem do pieczenia i wysypać około 500 g fasoli jako obciążnik. Piec 15 minut w temperaturze 200 stopni. Wyjąć papier z fasolą, piec ciasto kolejne 15 minut i odstawić do wystudzenia.
Orzechy posiekać. Ciasto posmarować cienką warstwą dżemu, posypać orzechami i rodzynkami. Na wierzch wyłożyć masę kajmakową. Udekorować według uznania.
Smacznego
niedziela, 1 marca 2015
Ugotowani bez kamer
Dobrze czasem wyjść z internetów, poznać innych blogerów i przy okazji zjeść coś dobrego.
Jakiś czas temu Marta z bloga Lodówka Otwarta wyszła z inicjatywą integracji lokalnych blogerów kulinarnych. Według pierwszego założenia całość jest inspirowana popularnym formatem telewizyjnym.
Pomysł swoje odczekał aż w końcu wczoraj w bardzo kameralnym gronie (blogerki sztuk dwie) udało nam się spotkać.
Gospodynią była Marta.
Przywołując zbliżającą się powoli wiosnę motywem przewodnim wieczora był kolor zielony, który zdominował większość potraw.
Mniej oficjalnym motywem była kuchnia azjatycka. Kokos, curry i dobrze skomponowane przyprawy podkreślały charakter każdego dania.
Kolacja zaczęła się od przystawki złożonej z domowego chleba i pasty z ciecierzycy. Do tej pory robiłam podobną pastę z soczewicy więc było to dla mnie ciekawe porównanie smaków.
Następny w kolejce był krem brokułowy. Łagodnie zielony kolor i intensywnie pikantne wnętrze. Moje zimowe zupy krem są pełne imbiru i chili więc takie połączenie mi bardzo odpowiada.
Daniem głównym była sałata ;) z dodatkiem kurczaka curry i kuskusu. Lekkie, wiosenne, energetyczne danie.
Moim hitem wieczoru był deser: domowe lody o smaku matcha z kokosową nutą. Pyszne, kremowe i w ogóle ą ę (poproszę o przepis).
Poza dobrym jedzeniem było dużo rozmów o kuchni, kulinarnych hitach i wtopach, Japonii, Murakamim i kotach.
Ogólnie wieczór bardzo na plus. Tylko szkoda, że w tak małym gronie. Ale mam nadzieję, że to kameralne spotkanie to tylko początek i stopniowo olsztyńscy blogerzy kulinarni będą się coraz bardziej integrować.
Jeszcze raz dziękuję za zaproszenie i do następnego razu.
I tak na koniec. Co robią blogerzy kulinarni gdy spotkają się przy jednym stole?
Zdjęcia. Licząc na to, że jedzenie nie ostygnie/roztopi się.
sobota, 28 lutego 2015
Kremowe risotto
Z jednej strony z risotto jest trochę jak z bigosem. Każda gospodyni ma swój jedyny słuszny
i niepowtarzalny przepis.
Z drugiej strony risotto możemy przygotować
z dowolnymi dodatkami, co daje nam prawie nieograniczone możliwości.
Ale bez względu na to z jakiego przepisu korzystamy, trzeba pamiętać o ciągłym mieszaniu oraz dodaniu na koniec masła.
Składniki:
- 80 g szynki parmeńskiej (opcjonalnie)
- 3-4 łyżki oliwy
- 100-150 ml białego wina
- 4 duże pieczarki
- 1 cebula
- 2 łodygi selera naciowego
- 3 ząbki czosnku
- 650-700 ml wywaru warzywnego
- 300 g ryżu (najlepiej specjalnego do risotto)
- 50 g twardego żółtego sera
- 80 g sera z niebieską pleśnią
- 1 łyżka masła
- natka pietruszki
- sól, pieprz
Przygotowanie:
Cebulę posiekać w kostkę. Pieczarki i seler naciowy pokroić w drobne kawałki. Czosnek przetrzeć przez praskę.
Ser zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Natkę pietruszki posiekać.
Szynkę pokroić w cienkie paski i podsmażyć aż będzie chrupiąca. Zdjąć z patelni i zostawić do dekoracji.
Na patelni rozgrzać oliwę. Dodać warzywa i chwilę smażyć.
Dodać ryż, dobrze wymieszać i smażyć około 5 minut żeby warzywa zmiękły.
Na patelni rozgrzać oliwę. Dodać warzywa i chwilę smażyć.
Dodać ryż, dobrze wymieszać i smażyć około 5 minut żeby warzywa zmiękły.
Dodać wino i odparować. Cały czas mieszając, dodawać stopniowo bulion, aż ryż zmięknie.
Wsypać większość żółtego sera oraz ser z niebieską pleśnią. Dobrze wymieszać.
Wyłączyć gaz i dodać masło.
Wyłączyć gaz i dodać masło.
Podawać posypane chipsami z szynki, pietruszką oraz serem.
Smacznego
wtorek, 10 lutego 2015
Tort weselny - Blandine Le Callet
Lubię książki, które pod pozorem banalności czymś mnie zaskakują...
Jak tylko zobaczyłam okładkę z napisem Tort weselny spodziewałam się zwykłego czytadła. Ot, książka na zabicie czasu w zimowy wieczór. Jednak z każdą stroną przekonywałam się, że jest zupełnie inaczej.
Historia skupia się na weselu Berengère i Vincenta, ale wbrew pozorom nie znajdziemy tu cukierkowego opisu uroczystości. Całość poznajemy z punktu widzenia dziewięciu osób. Wśród nich są 8-letnia dziewczynka, młoda kobieta, którą rodzina uznaje za czarną owcę czy ksiądz udzielający ślubu głównym bohaterom.
Niektóre sytuacje pojawiają się w relacjach kilku bohaterów, co nadaje im pełniejszego opisu. Dzięki temu, że znamy sytuację z różnych stron lepiej rozumiemy bohaterów nie możemy ich jednoznacznie oceniać.
W czasie przyjęcia weselnego poznajemy kilka historii rodzinnych oraz dowiadujemy się o licznych przygotowaniach do imprezy.
Autorka nie boi się poruszać trudnych tematów. Opisuje środowisko, w którym rządzą konwenanse. Jedyne co się liczy się to wygląd, pozycja społeczna i pieniądze. Ale pozornie sielankowy obrazek zakłócają: dziecko dotknięte mongolizmem, czy ekscentryczni krewni. Odnawiają się dawno ukrywane urazy i pogłębiają się codzienne spory. Mimo to całość kończy się pewnego rodzaju happy endem, a większość bohaterów w czasie przyjęcia zyskuje.
Książkę czyta się jednym tchem. Z każdym kolejnym rozdziałem chcemy wiedzieć, co będzie dalej, aż nagle znajdujemy się na ostatniej stronie.
Niepozorna książka, a warto poświęcić jej kilka godzin.
okładka
Jak tylko zobaczyłam okładkę z napisem Tort weselny spodziewałam się zwykłego czytadła. Ot, książka na zabicie czasu w zimowy wieczór. Jednak z każdą stroną przekonywałam się, że jest zupełnie inaczej.
Historia skupia się na weselu Berengère i Vincenta, ale wbrew pozorom nie znajdziemy tu cukierkowego opisu uroczystości. Całość poznajemy z punktu widzenia dziewięciu osób. Wśród nich są 8-letnia dziewczynka, młoda kobieta, którą rodzina uznaje za czarną owcę czy ksiądz udzielający ślubu głównym bohaterom.
Niektóre sytuacje pojawiają się w relacjach kilku bohaterów, co nadaje im pełniejszego opisu. Dzięki temu, że znamy sytuację z różnych stron lepiej rozumiemy bohaterów nie możemy ich jednoznacznie oceniać.
W czasie przyjęcia weselnego poznajemy kilka historii rodzinnych oraz dowiadujemy się o licznych przygotowaniach do imprezy.
Autorka nie boi się poruszać trudnych tematów. Opisuje środowisko, w którym rządzą konwenanse. Jedyne co się liczy się to wygląd, pozycja społeczna i pieniądze. Ale pozornie sielankowy obrazek zakłócają: dziecko dotknięte mongolizmem, czy ekscentryczni krewni. Odnawiają się dawno ukrywane urazy i pogłębiają się codzienne spory. Mimo to całość kończy się pewnego rodzaju happy endem, a większość bohaterów w czasie przyjęcia zyskuje.
Książkę czyta się jednym tchem. Z każdym kolejnym rozdziałem chcemy wiedzieć, co będzie dalej, aż nagle znajdujemy się na ostatniej stronie.
Niepozorna książka, a warto poświęcić jej kilka godzin.
okładka
Subskrybuj:
Posty (Atom)




